Sierakowskiego 7 – kolejna praska katowania

Gmach dawnego Żydowskiego Domu Akademickiego wzniesiony został w latach 1924-1926.  W okresie międzywojennym mieszkało tu ok. 300 studentów. Przed wybuchem wojny w obiekcie znalazła się również pracownia malarska dwóch malarzy Efraima i Menasza Seidenbeutel.  Okres okupacji niemieckiej zmienił przeznaczenie obiektu. W tym czasie  przeniesiono tu działalność szpitala Przemienienia Pańskiego, w warunkach niemal polowych wykonywano skomplikowane operacje ratujące życie rannym min. w akcji pod Arsenałem. Po wkroczeniu na Pragę Armii Czerwonej, budynek zajęty został przez sowieckie aparaty represji, początkowo było to NKWD (1944-1945),  następnie MBP (1945) oraz WUBP/ WU ds. BP (1946-1956).

„Któregoś dnia dostałem telefoniczne wezwanie do Urzędy Bezpieczeństwa na ulicę Sierakowskiego, na Pradze. Miałem tam pójść na godzinę 12. Na ten dzień właśnie mieliśmy z żoną bilety do teatru. Żegnając się w domu powiedziałem, że nie wiem o której wrócę i gdybym nie zdążył, to w każdym razie przyjadę wprost do teatru, więc na wszelki wypadek zabrałem ze sobą bilet. Żona jakby przeczuwała, że coś jest nie w porządku i prosiła, abym powiedział, gdzie idę i dlaczego mogę się spóźnić. Musiałem jej wyjaśnić, że dostałem wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa, ale dodałem, że przecież na pewno wrócę, ponieważ wszyscy z pracy tam chodzili, byli wypytywani o różne sprawy i wszyscy wrócili wieczorem do domu. (…)  Pamiętam dobrze, było to dokładnie 7 października 1950 roku. (…)
Zaprowadził mnie na dół do suteryny. Weszliśmy do obszernego pomieszczenia, w którym jedna ściana była wklęsła, jakby półokrągła. Przyjął nas tam umundurowany oddziałowy. Śledczy przekazał mnie, nic nie mówiąc, machnął tylko ręką i wyszedł, a tamten – znowu kiwnięciem ręki – kazał mi iść ze sobą i zaprowadził do drzwi, otworzył je i kazał wejść. Oczywiście była to cela, ale wchodząc zatrzymałem się na progu i wprost zdębiałem. Było to malusieńkie pomieszczenie, zupełnie wąskie, na szerokość drzwi, rozszerzające się i kończące się półokrągłą niszą, gdzie było nieco szerzej. No i zobaczyłem tutaj leżących ludzi. Dwóch leżało w stronę drzwi, a trzech w stronę niszy – głowami. (…)

Mimo tej strasznej niewygody , szturchany przez całą noc nogami moich współtowarzyszy niedoli, jakoś ją przespałem i rano zostałem obudzony wołaniem z zewnątrz „pobudka” Jak się później dowiedziałem, była to godzina Szusta, gdyż o tej porze zawsze budzono wszystkich więźniów. Wstaliśmy więc z naszych posłań, sienniki ułożyliśmy pod ścianą jeden na drugim. W ten sposób utworzyło się coś w rodzaju kanapy i na tym siedliśmy sobie w sześciu. Po pewnym czasie otworzyły się drzwi ten sam co wczoraj oddziałowy kazał nam iść do umywalni. Poszliśmy tam wszyscy razem. Byliśmy tylko sami, ale chodziło o to, że trzeba było przecież jakoś się załatwić. Tuż przy umywalni była ubikacja, ale w niej były tylko dwa sedesy, na dwie osoby. Byłem przerażony, nie mieliśmy przecież ani kawałeczka papieru. Nauczono mnie jak sobie radzić (…)Po umyciu się w takiej ogólnej umywalni, pod kranami, powróciliśmy do celi i wydane nam zostało śniadanie, które składało się z tak zwanej „kawy”. Była to zupełnie nie słodzona lura, i każdy otrzymał dzienną porcję chleba. (…)
Kiedy weszliśmy do tego tak zwanego  „karca”, zobaczyłem że jest to pomieszczenie wielkości metra kwadratowego, z cementową podłogą, trochę wgłębioną, podobnie jak część ścian. Jak się później dowiedziałem , było to po to, że jak ktoś siedział tam za jakieś grubsze przewinienie, czy jak zwykle bywało, nie chciał odpowiednio zeznawać, to go wówczas tak czy inaczej męczono. Tu go wtedy zamykano w tym maleńkim pomieszczeniu i nalewano wody, tak żeby było „przyjemniej” spędzać czas. Gdy tam weszliśmy było zupełnie sucho. Położyliśmy sobie sienniki (…)

Wyłapywano i sadzano tych rzekomych wrogów Polski, wrogów ustroju. Niektórzy towarzysze niedoli siedzieli już dość długo w tym UB, no i mniej więcej orientowali się , co się tutaj dzieje, jak się tu z ludźmi obchodzą i jak postępują. Niektórzy wracali do celi zmaltretowani, pobici. Dowiedziałem się, że sporo tu jest akowców (…)
– Andrzej Kownacki „W celach praskiej katowni”

W murach tego budynku urzędował min. Bronisław Szczerbakowski, mieszkający aż do śmierci przy ul Strzeleckiej 8. Znany był ze swojego okrucieństwa, które zwracało uwagę nawet jego przełożonych, uznawany jednak był za skutecznego „Cechuje go zaciętość i oddanie co w łączności z opanowaniem techniki śledztwa pozwala mu osiągnąć dobre wyniki pracy” [Charakterystyka służbowa z 1946 r., AIPN]. Prowadzone przez niego przesłuchania (nie tylko na Sierakowskiego) oraz techniki jakie wykorzystywał, poskutkowały nawet tym, że sparaliżowany, leżący na noszach przesłuchiwany, sam powiesił się na trokach przywiązanych do krat w pokoju przesłuchań….

W kolejnych latach obiekt wykorzystywany był również przez resort. Początkowo jako hotel milicyjny, następnie policyjny. Obecnie jest w administrowaniu Centralnego Biura Śledczego Policji.

W dotychczas udostępnianych opracowaniach tego obiektu, nie można było znaleźć, żadnej informacji dotyczącej, bardzo ważnych, zabytkowych inskrypcji pozostawianych przez osadzonych. Prezentowane przez nas zdjęcia, są pierwszymi pokazującymi historię wypisaną na ścianach w tym obiekcie. W związku z odkryciem tych śladów przez nasze Stowarzyszenie, złożyliśmy stosowne sprawozdanie zarówno do CBŚP jak i do IPN. Z informacji przez nas posiadanych wynika, że Instytut Pamięci Narodowej w związku z naszym znaleziskiem, ma się podjąć ponownych oględzin obiektu.

Fot. Anna Straszyńska


Dziękujemy CBŚP za udostępnienie obiektu do realizacji tego materiału.